Dzińdzobry.
Przyjechalimy na miejsce, około południa. Zara ciotka nalała nam zaliwajki, na grzybach suszonych. Musieli oskrobać wińcej zimioków, ale oskrobiny i tak rzucili królikom, albo kurom. W chałupie nam wywietrzyli, wcale nie śmirdziało. Zara musiałam pościelać wersalki, a Stasiek polił w kuminie, bo pirszy wieczór był chłodny. Trafilimy akurat na świniobicie. Na drugi dzień robili kaszanki, pasztetowe, kiełbasy, schaby, szynki i boczki wyndzone. Masarz świtkiem do dnia przynius białej kiełbasy do zaparzenia i spróbowania.
Gospodarze majom dużo gadziny, dużo gadów do oprzątania, jest co robić, my miastowe nawet nie wimy ile to jest roboty. Tera są żniwa, siecenie, młócenie, a później baluwanie. Gospodarz ma dużo maszyn rolniczych i ma tyż maszynę do baluwania jako jeden z niewielu we wsi. Jeździ więc baluwać sąsiadom. Taka zbaluwana słoma to jak kiedyś snopki na polu, jakbyśta nie wiedziały. Bo co wy tam miastowe wita. No i te zbaluwane trza zwozić do stodoły. Jak już jest zwiezione, to znowu trza siać, no i oprzątać gady. I krowy udoić. Robota w koło, nie to co w mieście. A na jesieni kopanie zimioków. I zbiranie wykopanych. Ale teraz świtkiem do dnia można iść do lasa i pozbirac grzyby, zwłaszcza jak się żynie krowy w łąki. W łąkach krowy stojom upoluwane na śpilkach z łańcuchem i trza uważać żeby się nie zagziły z gorąca. Bo się urwom i latajom. W ponidziałek było świnto to na jarmak pojechalimy dopiro w piątek. Na jarmaku było wszystkiego. Kupilimy pomidorów, ogórków, cebulę. Ja szykuje śniadanie a nawet podobiadek dla swojego, a łun ino w tylywizor by patrzał. A tu trza wody uciągnyć, poszed by do lasa, grzybów nazbirał, a nie tak, że ino spogląda. Tu blisko rzeka Pilica, ale rybów mało tera, nie to co w czterdziestym piontym, co to był upał, a szczupoki to brały, że niepojęcie. Są tera karaski i parę płotek czasem się chyci. No i okonki. Koty majom używanie, jak się flaków i głowów nachlajom. Przed wieczorem trza przyżynać krowy nazad do obory i wydoić. Dojenie to tyż ciężka robota bo ręce bolą. A na wieczór kumory chlajom. Momy tsy kacki ale ni momy kacura to nie wim jak byndzie z jajami.
W nidziele wrócilimy do Warszawy i chyba muszę zacząć odzywać się normalnie.