wtorek, 23 sierpnia 2011

Relacja


Dzińdzobry.

Przyjechalimy na miejsce, około południa. Zara ciotka nalała nam zaliwajki, na grzybach suszonych.  Musieli oskrobać wińcej zimioków, ale oskrobiny i tak rzucili królikom, albo kurom.  W chałupie  nam wywietrzyli,  wcale nie śmirdziało.  Zara  musiałam pościelać  wersalki, a Stasiek polił w kuminie, bo pirszy wieczór był chłodny. Trafilimy akurat na świniobicie. Na drugi dzień robili kaszanki,  pasztetowe, kiełbasy,  schaby, szynki i boczki wyndzone. Masarz świtkiem do dnia przynius białej kiełbasy do zaparzenia i spróbowania.

Gospodarze majom dużo gadziny, dużo gadów do oprzątania, jest co robić, my miastowe nawet nie wimy ile to jest roboty. Tera są żniwa, siecenie, młócenie, a później baluwanie. Gospodarz ma dużo maszyn rolniczych i ma tyż maszynę do baluwania jako jeden z niewielu we wsi. Jeździ więc baluwać sąsiadom.  Taka zbaluwana słoma to jak kiedyś snopki na polu, jakbyśta nie wiedziały. Bo co wy tam miastowe wita.  No i te zbaluwane trza zwozić do stodoły.  Jak  już jest zwiezione, to znowu trza siać, no i oprzątać gady. I krowy udoić.  Robota w koło, nie to co w mieście.  A na jesieni  kopanie zimioków.  I zbiranie wykopanych.  Ale teraz świtkiem do dnia można iść do lasa i pozbirac grzyby, zwłaszcza jak się żynie krowy w łąki.  W łąkach krowy stojom upoluwane na śpilkach z łańcuchem i trza uważać żeby się nie zagziły z gorąca. Bo się urwom i latajom. W ponidziałek było świnto  to na jarmak pojechalimy dopiro w piątek. Na jarmaku było wszystkiego. Kupilimy pomidorów, ogórków, cebulę. Ja szykuje śniadanie  a nawet podobiadek dla swojego, a łun ino w tylywizor by patrzał. A tu trza wody uciągnyć,  poszed by do lasa, grzybów nazbirał, a nie tak, że ino spogląda.  Tu blisko rzeka Pilica, ale rybów mało tera, nie to co w czterdziestym piontym, co to był upał,  a szczupoki to brały, że niepojęcie.  Są tera karaski i parę płotek czasem się chyci.  No i okonki.  Koty majom używanie, jak się flaków  i głowów nachlajom.   Przed wieczorem trza przyżynać krowy nazad do obory i wydoić.  Dojenie to tyż ciężka robota bo ręce bolą.  A  na wieczór kumory chlajom.  Momy tsy kacki ale ni momy  kacura to nie wim jak byndzie z jajami.

W nidziele wrócilimy do Warszawy i chyba muszę zacząć odzywać się normalnie.

1 komentarz: