Lubię czytać Murakamiego. Nie czuję w nim Azji, co prawda
nie byłam nigdy w Japonii i nie wiem jak wyglądają miasta w kraju kwitnącej wiśni,
ale z jego prozy wynika, że zwyczajnie, jak Warszawa, czy może jakieś większe,
zachodnie miasto, ale zwyczajnie.
Gdy
zaczyna się fragment dotyczący głównego nurtu książki, bohater jeździ BMW, prowadzi
dwa modne bary z muzyką jazzową na żywo, żona ma jeepa cherokee, posiadają mieszkanie w modnej
dzielnicy i domek w górach. Do tego
majątku doszedł tylko z niewielką pomocą zamożnego teścia, ale skrupulatnie
spłaca pożyczkę.
Ludzie lubią muzykę pod każdą szerokością geograficzną,
lubią też się przy niej napić, więc interes idzie dobrze. I właśnie w momencie największego prosperity oraz szczęścia rodzinnego
(dodatkowo dwie udane córeczki), wkracza znajoma, bardzo dawna, z lat dziecinnych wręcz. Kiedyś było to zwykłe lubienie się dwojga
samotnych dzieciaków, obecnie stało się bez mała ich obojga obsesją.
Problem banalny. Stara znajomość po wielu latach ożywa i budzi
dylemat – czy zniszczyć to, co zostało zbudowane, zawieść zaufanie, zerwać z dotychczasowym życiem w imię dawnej miłości?
A może fantasmagorii?
Tytuł powieści jest fragmentem tekstu piosenki Nat King
Cola, dużo jest tam zresztą odniesień
muzycznych, więc ja też przypomniałam
sobie słowa starej, tym razem polskiej piosenki – „nie było ciebie tyle lat,
poukładałam sobie świat i nie porzucę
tego już” . Banalne, no nie? Ale co może być na zachód od słońca?