Dzisiaj mam rocznicę ślubu. Celowo nie piszę którą, bo było to naprawdę dawno, powiem tylko że koralowa i ciut ciut, ale za to tego pamiętnego dnia była prześliczna, wiosenna pogoda. Ja występowałam w sukience z krótkim rękawem, mój świeżo poślubiony małżonek w garniturze, goście też przyszli bez płaszczy. A było to właśnie 19 marca. Porównując z dzisiejszą śnieżycą dochodzę do wniosku, że ocieplenie klimatu to jakieś oszustwo.
Ślub odbywał się w Pałacu Ślubów na Placu Zamkowym i ponieważ był tylko jeden - to przyszło naprawdę dużo gości. Do tego stopnia, że po samej uroczystości, podczas składania życzeń, zatarasowaliśmy całe przejście i kolejne pary nie mogły się przecisnąć do właściwej sali. Naprawdę powstał korek, w związku z czym pracownik Pałacu spytał naszego przyjaciela, kto to się żeni, że przyszło tyle ludzi i czy może prosić nas o szybsze załatwienie tych życzeń. Nasz przyjaciel, człowiek wesoły i dowcipny, powiedział, że żeni się syn ambasadora Turcji i dlatego jest tylu gości. Na co pan pracownik podszedł do stojącego obok mnie męża, nieświadomego całego zajścia i prosząc go o zrobienie przejścia dla następnych par, zwrócił się do niego per "wasza ekscelencjo". Do dzisiaj się z tego śmiejemy. Naszego przyjaciela, jak i wielu innych gości nie ma już z nami. Jubileusze przywodzą na myśl różne wspomnienia. Panta rhei.
Codzienność
wtorek, 19 marca 2013
wtorek, 6 listopada 2012
Na południe od granicy, na zachód od słońca.
Lubię czytać Murakamiego. Nie czuję w nim Azji, co prawda
nie byłam nigdy w Japonii i nie wiem jak wyglądają miasta w kraju kwitnącej wiśni,
ale z jego prozy wynika, że zwyczajnie, jak Warszawa, czy może jakieś większe,
zachodnie miasto, ale zwyczajnie.
Gdy
zaczyna się fragment dotyczący głównego nurtu książki, bohater jeździ BMW, prowadzi
dwa modne bary z muzyką jazzową na żywo, żona ma jeepa cherokee, posiadają mieszkanie w modnej
dzielnicy i domek w górach. Do tego
majątku doszedł tylko z niewielką pomocą zamożnego teścia, ale skrupulatnie
spłaca pożyczkę.
Ludzie lubią muzykę pod każdą szerokością geograficzną,
lubią też się przy niej napić, więc interes idzie dobrze. I właśnie w momencie największego prosperity oraz szczęścia rodzinnego
(dodatkowo dwie udane córeczki), wkracza znajoma, bardzo dawna, z lat dziecinnych wręcz. Kiedyś było to zwykłe lubienie się dwojga
samotnych dzieciaków, obecnie stało się bez mała ich obojga obsesją.
Problem banalny. Stara znajomość po wielu latach ożywa i budzi
dylemat – czy zniszczyć to, co zostało zbudowane, zawieść zaufanie, zerwać z dotychczasowym życiem w imię dawnej miłości?
A może fantasmagorii?
Tytuł powieści jest fragmentem tekstu piosenki Nat King
Cola, dużo jest tam zresztą odniesień
muzycznych, więc ja też przypomniałam
sobie słowa starej, tym razem polskiej piosenki – „nie było ciebie tyle lat,
poukładałam sobie świat i nie porzucę
tego już” . Banalne, no nie? Ale co może być na zachód od słońca?
poniedziałek, 5 listopada 2012
Pięćdziesiąt twarzy Graya
„Pięćdziesiąt twarzy
Graya” E. L. James, to powieść dwuznaczna. Z jednej strony naszpikowana szczegółowymi opisami scen erotycznych i zachowania poddającej się władzy mężczyzny
bezwolnej dziewczyny, a z drugiej przedstawiająca przeobrażenie, czy też zmianę osobowości tytułowego Graya, na skutek obcowania
z Aną.
Pojęcie „porno” w czasach mojego dzieciństwa nie znałam w
ogóle. Nie wiem, być może w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku tak było w
całej Polsce, a może tylko w otoczeniu w jakim się wychowywałam. Wraz z rozwojem cywilizacyjno technologicznym porno pojawiło się jak wiele
innych nowych wyrażeń i nowych technologii i zdobyczy cywilizacji, których wcześniej zwyczajnie nie
było.
Po przeczytaniu „50 twarzy Graya” zastanowiłam się , czy
jest to soft porno jak to określają niektórzy krytycy.
No cóż, wszystko zależy od podejścia. We wspomnianych latach sześćdziesiątych
jednak to byłoby całkowite hard.
Ale nie skupiając się na stronie erotycznej powieści, to ogólnie wieje nudą.
Nie wiem do kogo mogłaby być dedykowana ta książka, do
młodych panienek chyba nie, dla osób
dorosłych jest zbyt oczywista i przewidywalna.
Być może tylko Brytyjczycy są tym
targetem, który zachwyca się powieścią.
U nas książka miała dobry marketing i pewnie kilka osób ją
kupiło. I pewnie wszyscy się zawiedli. Ja tak.
sobota, 6 października 2012
Deszczowa Piosenka w Romie
W ostatni czwartek wybrałam się w towarzystwie miłej
kompanii do Romy na musical
"Deszczowa piosenka”. Teatr był nabity po brzegi, bo jest to dopiero kilka dni po premierze. I było to naprawdę bardzo ładne. W rolach głównych: Dariusz Kordek, Jan Bzdawka, Ewa Lachowicz, brawurowy Tomasz Pałasz,
Barbara Kurdej, Robert Rozmus – to
naprawdę obsada gwiazdorska. Bardzo
podobał mi się właśnie Jan Bzdawka w roli Cosmo Browna – przyjaciela głównego bohatera – był akurat taki, jaki
powinien być przyjaciel: zawsze na miejscu i wszędzie tam, gdzie jest
potrzebny. Podziw dla Barbary Kurdej,
która miała dosyć dużą ilość tekstu i piosenek do zagrania głosem piskliwym i
świadomie paskudnym. Myślę, że po każdym przedstawieniu powinna iść na
zwolnienie lekarskie z powodu zdarcia gardła. Balet był wspaniały, przeważało oczywiście stepowanie i taniec w stylu
amerykańskim. Szalenie zabawne wstawki filmowe, bo jak wiadomo rzecz dzieje się
głównie w hali zdjęciowej, ale także na ulicach Hollywood i obok jakiegoś przystanku
autobusowego. Scenografia dosyć oczywista i przejrzysta. Przedstawienie bardzo
zabawne, ale najlepsze jest to, że na
scenie pada deszcz i to solidnie. Kordek śpiewa i tańczy Singin’ In the Rain w
strugach wody, chlapie i bryzga na publiczność z pierwszych czterech czy pięciu
rzędów, a widzowie ci mają do przykrycia jakieś folijki. Woda podobno jest ciepła i pachnąca. J Widzowie zresztą są niezwykle
aktywni: gdy Don woła w kierunku widowni „zatrzymajcie tę dziewczynę” uciekająca
Kathy nie ma oczywiście szans na umknięcie. Zostaje zatrzymana chyba już przy trzecim
rzędzie. Wystawienie w Romie znanego musicalu bardzo mi się spodobało – było wierne
oryginałowi z lat pięćdziesiątych, ale też niosło pewną świeżość i nowość, a
poza tym było polskie i grane u nas J
Nie byłabym sobą, gdybym nie zwróciła uwagi na pewną
sytuację z widowni. Otóż dwa rzędy przede mną siedziały dwie panie z córeczkami pewnie, dziewczynkami na oko
siedmio-dziewięcioletnimi. Dzieci były
znużone, widać było, że są senne, pokładały się i uwieszały na mamach,
przeciągały się unosząc rączki rozkosznie w górę, ale szczytem się stało, gdy
mamusie wzięły je na kolana podsadzając wysoko. Dziewczynka przede mną dawała
mamie buzi, przytulała sie i wydawała sie być całkowicie niezainteresowana akcją dziejącą
się na scenie, mama usiłowała ją zaciekawić, a to wszystko odbywało się na wysokości powyżej normalnego poziomu
głów w rzędzie. Na zwróconą uwagę mama nie zareagowała wcale. Uważam, że należy
mi się odszkodowanie od dyrekcji teatru za poniesione straty w oglądaniu Make 'Em Laugh. Niech nie wpuszczają na
spektakle dla dorosłych takich małych
dzieci.
niedziela, 16 września 2012
Zawiodłam
Zawiodłam przede wszystkim siebie. Jak zwykle okazuje się, że moje postanowienia nie mają racji bytu. Niby nic się nie stało, ale ja czuję niesmak. Ludzkość z tego powodu nie poniosła najmniejszej straty, ale ja odczuwam to jako porażkę. Co więcej, takich porażek mam na koncie już krocie. No, może nie krocie, ale na pewno kilka. I pewne porażki mogę próbować naprawiać. To tak jak z rzucaniem palenia: można rzucać wielokrotnie i zawsze mieć nadzieję, że tym razem się uda. Więc ja też mam nadzieję, że teraz się uda. Ale palenie to ja rzuciłam definitywnie już dawno temu. Teraz skupiam się na innych wyzwaniach.
wtorek, 23 sierpnia 2011
Relacja
Dzińdzobry.
Przyjechalimy na miejsce, około południa. Zara ciotka nalała nam zaliwajki, na grzybach suszonych. Musieli oskrobać wińcej zimioków, ale oskrobiny i tak rzucili królikom, albo kurom. W chałupie nam wywietrzyli, wcale nie śmirdziało. Zara musiałam pościelać wersalki, a Stasiek polił w kuminie, bo pirszy wieczór był chłodny. Trafilimy akurat na świniobicie. Na drugi dzień robili kaszanki, pasztetowe, kiełbasy, schaby, szynki i boczki wyndzone. Masarz świtkiem do dnia przynius białej kiełbasy do zaparzenia i spróbowania.
Gospodarze majom dużo gadziny, dużo gadów do oprzątania, jest co robić, my miastowe nawet nie wimy ile to jest roboty. Tera są żniwa, siecenie, młócenie, a później baluwanie. Gospodarz ma dużo maszyn rolniczych i ma tyż maszynę do baluwania jako jeden z niewielu we wsi. Jeździ więc baluwać sąsiadom. Taka zbaluwana słoma to jak kiedyś snopki na polu, jakbyśta nie wiedziały. Bo co wy tam miastowe wita. No i te zbaluwane trza zwozić do stodoły. Jak już jest zwiezione, to znowu trza siać, no i oprzątać gady. I krowy udoić. Robota w koło, nie to co w mieście. A na jesieni kopanie zimioków. I zbiranie wykopanych. Ale teraz świtkiem do dnia można iść do lasa i pozbirac grzyby, zwłaszcza jak się żynie krowy w łąki. W łąkach krowy stojom upoluwane na śpilkach z łańcuchem i trza uważać żeby się nie zagziły z gorąca. Bo się urwom i latajom. W ponidziałek było świnto to na jarmak pojechalimy dopiro w piątek. Na jarmaku było wszystkiego. Kupilimy pomidorów, ogórków, cebulę. Ja szykuje śniadanie a nawet podobiadek dla swojego, a łun ino w tylywizor by patrzał. A tu trza wody uciągnyć, poszed by do lasa, grzybów nazbirał, a nie tak, że ino spogląda. Tu blisko rzeka Pilica, ale rybów mało tera, nie to co w czterdziestym piontym, co to był upał, a szczupoki to brały, że niepojęcie. Są tera karaski i parę płotek czasem się chyci. No i okonki. Koty majom używanie, jak się flaków i głowów nachlajom. Przed wieczorem trza przyżynać krowy nazad do obory i wydoić. Dojenie to tyż ciężka robota bo ręce bolą. A na wieczór kumory chlajom. Momy tsy kacki ale ni momy kacura to nie wim jak byndzie z jajami.
W nidziele wrócilimy do Warszawy i chyba muszę zacząć odzywać się normalnie.
niedziela, 20 lutego 2011
autobus
Jechałam do Basi. Mam daleko, przez całą Warszawę, z Bielan na Sadybę, ale za to jednym autobusem linii 180. Jest to trasa turystyczna, wiezie pasażerów przez różne piękne zakątki Warszawy, co jeszcze wydłuża przejazd. Wsiadłam na trzecim przystanku od pętli i zadowolona usiadłam na jednym z wielu jeszcze wolnych miejsc, przy oknie, opierając sie ramieniem o szybę. Był mróz i od szyby mocno mnie chłodziło. Autobus na kolejnych przystankach powoli się zapełniał, obok mnie usiadł bardzo starszy pan, pozostałe miejsca siedzące też kolejno zajmowano. Po którymś przystanku, w pobliżu mojego miejsca stanęła pani, na oko w moim wieku, z towarzyszem, do którego odezwała się mniej więcej w te słowa, tonem apodyktycznym i bardzo głośnym:
-Popatrz, wszystkie miejsca zajęte, a człowieka tak bolą nogi.
Towarzysz coś do niej cicho powiedział, a siedzący pasażerowie nie kwiapiąc się do ustąpienia jej miejsca, patrzyli w przestrzeń. Dziadunio obok mnie też siedział bez ruchu, przyciskając swoje ramie do mojego. Ja natomiast poczułam sie nieswojo, jak za dawnych lat w szkole, kiedy to, gdy nauczycielka rzucała pytanie do klasy i wszyscy kulili się w ławkach, bojąc się, że ich wyrwie, ja wtedy czułam jakby obowiązek zgłoszenia się do odpowiedzi. I często robiłam to, nawet jakby wbrew sobie i rozsądkowi zresztą. Teraz też ukradkiem i dyskretnie zerknęłam na panią, ale niestety napotkałam jej wzrok i oto ponownie rozległ się apodyktyczny głos, tym razem skierowany w odopwiednim kierunku:
- A co mi się tak pani przygląda? Ja to mówiłam właśnie do pani!
Zamurowało mnie i myślę, że innych pasażerów też. Ponieważ jednak miałam jeszcze do przejechania kawał drogi, odpowiedziałam, starając się, by wypadło to miło, że nie ustapię jej miejsca, poniewaz mnie też nogi bolą.
Tu przyznam, że jak najbardziej jestem za ustępowaniu starszym miejsc w środkach komunikacji. Ale też chcę choć z żalem dodać, że nie wyglądam na nastolatkę.
I dodam jeszcze coś - ktoś inny tej pani miejsca ustąpił.
Jadąc dalej uśmiechalismy sie do siebie z siedzącymi obok pasażerami, jak sądzę, czując jakby wspólnotę wobec roszczenia tamtej pani. Zwłaszcza siedzący na przeciwko pan w kożuszku, również na oko w moim wieku, kilkakrotnie porozumiewawczo na mnie zerkał. Uśmiechałam sie grzecznie, gdy nagle w okolicach Miodowej, pan zerwał sie ze swojego miejsca i przechylając się nad dziaduniem powiedział do mnie: Proszę pani, ja tu wysiadam, ale zapraszam panią na kawę, bardzo chętnie bym tę kawę z panią wypił.
Mnie znowu zamurowało, ale szybko odzyskałam pamięć dawnych lat i przytomnie podziękowałam za zaproszenie, mówiąc, że jadę na proszony obiad, może nawet jestem już troszkę spóźniona, więc za nic z tego autobusu nie wysiądę. Pan na to, że wielka szkoda, no ale trudno i do zobaczenia. Wysiadł, a z przystanku machał mi z dużym zapałem. Myślałam, że nawet jak na tak długą drogę, to miałam juz dosyć urozmaicenia, ale to nie był koniec.
Dziadunio siedzący obok mnie i obserwujący tok wydarzeń, najprawdopodobniej poczuł sie uprawniony do aktywniejszego weń wkroczenia. W pewnym momencie bowiem złapał mnie za rękaw kurtki i spytał:
-Czy to jest wełna?
Trochę zbita z pantałyku popatrzyłam na swoje odzienie, zastanawiając się ile w tym procent jakiegos poliamidu czy akrylu i odpowiedziałam ostrożnie
- No tak, chyba wełna.
- Bo wie pani, to tak grzeje!
Uświadomiłam sobie, że rzeczywiście, w rękę od szyby było mi bardzo zimno, ale od strony staruszka biło miłe ciepło. Może i wełna?
Ostatni kawałek trasy przejechałam bez większych rewelacji.
-Popatrz, wszystkie miejsca zajęte, a człowieka tak bolą nogi.
Towarzysz coś do niej cicho powiedział, a siedzący pasażerowie nie kwiapiąc się do ustąpienia jej miejsca, patrzyli w przestrzeń. Dziadunio obok mnie też siedział bez ruchu, przyciskając swoje ramie do mojego. Ja natomiast poczułam sie nieswojo, jak za dawnych lat w szkole, kiedy to, gdy nauczycielka rzucała pytanie do klasy i wszyscy kulili się w ławkach, bojąc się, że ich wyrwie, ja wtedy czułam jakby obowiązek zgłoszenia się do odpowiedzi. I często robiłam to, nawet jakby wbrew sobie i rozsądkowi zresztą. Teraz też ukradkiem i dyskretnie zerknęłam na panią, ale niestety napotkałam jej wzrok i oto ponownie rozległ się apodyktyczny głos, tym razem skierowany w odopwiednim kierunku:
- A co mi się tak pani przygląda? Ja to mówiłam właśnie do pani!
Zamurowało mnie i myślę, że innych pasażerów też. Ponieważ jednak miałam jeszcze do przejechania kawał drogi, odpowiedziałam, starając się, by wypadło to miło, że nie ustapię jej miejsca, poniewaz mnie też nogi bolą.
Tu przyznam, że jak najbardziej jestem za ustępowaniu starszym miejsc w środkach komunikacji. Ale też chcę choć z żalem dodać, że nie wyglądam na nastolatkę.
I dodam jeszcze coś - ktoś inny tej pani miejsca ustąpił.
Jadąc dalej uśmiechalismy sie do siebie z siedzącymi obok pasażerami, jak sądzę, czując jakby wspólnotę wobec roszczenia tamtej pani. Zwłaszcza siedzący na przeciwko pan w kożuszku, również na oko w moim wieku, kilkakrotnie porozumiewawczo na mnie zerkał. Uśmiechałam sie grzecznie, gdy nagle w okolicach Miodowej, pan zerwał sie ze swojego miejsca i przechylając się nad dziaduniem powiedział do mnie: Proszę pani, ja tu wysiadam, ale zapraszam panią na kawę, bardzo chętnie bym tę kawę z panią wypił.
Mnie znowu zamurowało, ale szybko odzyskałam pamięć dawnych lat i przytomnie podziękowałam za zaproszenie, mówiąc, że jadę na proszony obiad, może nawet jestem już troszkę spóźniona, więc za nic z tego autobusu nie wysiądę. Pan na to, że wielka szkoda, no ale trudno i do zobaczenia. Wysiadł, a z przystanku machał mi z dużym zapałem. Myślałam, że nawet jak na tak długą drogę, to miałam juz dosyć urozmaicenia, ale to nie był koniec.
Dziadunio siedzący obok mnie i obserwujący tok wydarzeń, najprawdopodobniej poczuł sie uprawniony do aktywniejszego weń wkroczenia. W pewnym momencie bowiem złapał mnie za rękaw kurtki i spytał:
-Czy to jest wełna?
Trochę zbita z pantałyku popatrzyłam na swoje odzienie, zastanawiając się ile w tym procent jakiegos poliamidu czy akrylu i odpowiedziałam ostrożnie
- No tak, chyba wełna.
- Bo wie pani, to tak grzeje!
Uświadomiłam sobie, że rzeczywiście, w rękę od szyby było mi bardzo zimno, ale od strony staruszka biło miłe ciepło. Może i wełna?
Ostatni kawałek trasy przejechałam bez większych rewelacji.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)