W ostatni czwartek wybrałam się w towarzystwie miłej
kompanii do Romy na musical
"Deszczowa piosenka”. Teatr był nabity po brzegi, bo jest to dopiero kilka dni po premierze. I było to naprawdę bardzo ładne. W rolach głównych: Dariusz Kordek, Jan Bzdawka, Ewa Lachowicz, brawurowy Tomasz Pałasz,
Barbara Kurdej, Robert Rozmus – to
naprawdę obsada gwiazdorska. Bardzo
podobał mi się właśnie Jan Bzdawka w roli Cosmo Browna – przyjaciela głównego bohatera – był akurat taki, jaki
powinien być przyjaciel: zawsze na miejscu i wszędzie tam, gdzie jest
potrzebny. Podziw dla Barbary Kurdej,
która miała dosyć dużą ilość tekstu i piosenek do zagrania głosem piskliwym i
świadomie paskudnym. Myślę, że po każdym przedstawieniu powinna iść na
zwolnienie lekarskie z powodu zdarcia gardła. Balet był wspaniały, przeważało oczywiście stepowanie i taniec w stylu
amerykańskim. Szalenie zabawne wstawki filmowe, bo jak wiadomo rzecz dzieje się
głównie w hali zdjęciowej, ale także na ulicach Hollywood i obok jakiegoś przystanku
autobusowego. Scenografia dosyć oczywista i przejrzysta. Przedstawienie bardzo
zabawne, ale najlepsze jest to, że na
scenie pada deszcz i to solidnie. Kordek śpiewa i tańczy Singin’ In the Rain w
strugach wody, chlapie i bryzga na publiczność z pierwszych czterech czy pięciu
rzędów, a widzowie ci mają do przykrycia jakieś folijki. Woda podobno jest ciepła i pachnąca. J Widzowie zresztą są niezwykle
aktywni: gdy Don woła w kierunku widowni „zatrzymajcie tę dziewczynę” uciekająca
Kathy nie ma oczywiście szans na umknięcie. Zostaje zatrzymana chyba już przy trzecim
rzędzie. Wystawienie w Romie znanego musicalu bardzo mi się spodobało – było wierne
oryginałowi z lat pięćdziesiątych, ale też niosło pewną świeżość i nowość, a
poza tym było polskie i grane u nas J
Nie byłabym sobą, gdybym nie zwróciła uwagi na pewną
sytuację z widowni. Otóż dwa rzędy przede mną siedziały dwie panie z córeczkami pewnie, dziewczynkami na oko
siedmio-dziewięcioletnimi. Dzieci były
znużone, widać było, że są senne, pokładały się i uwieszały na mamach,
przeciągały się unosząc rączki rozkosznie w górę, ale szczytem się stało, gdy
mamusie wzięły je na kolana podsadzając wysoko. Dziewczynka przede mną dawała
mamie buzi, przytulała sie i wydawała sie być całkowicie niezainteresowana akcją dziejącą
się na scenie, mama usiłowała ją zaciekawić, a to wszystko odbywało się na wysokości powyżej normalnego poziomu
głów w rzędzie. Na zwróconą uwagę mama nie zareagowała wcale. Uważam, że należy
mi się odszkodowanie od dyrekcji teatru za poniesione straty w oglądaniu Make 'Em Laugh. Niech nie wpuszczają na
spektakle dla dorosłych takich małych
dzieci.